22kilo

Domowy proszek do prania. Przepis. Czy naprawdę działa?

No Comments

Bycie eko staje się dla mnie coraz ważniejsze. I choć nadal mogę sobie jeszcze wiele zarzucić, to udało mi się wprowadzić w domu sporo ekologicznych nawyków. Jednym z nich jest pranie w domowym proszku, który robię z 3 składników. I nie wrócę już do proszku sprzedawanego w sklepie.

Przemysł tekstylny jest obecnie jednym z najbardziej zanieczyszczających środowisko. Tak zresztą chyba było zawsze, jednak teraz przeniósł się do Azji, co Europejczykom pozwoliło na odżegnanie się od niego grubą kreską. Nie dość, że sama produkcja tanich ubrań i ich nadmierna konsumpcja jest nieekologiczna, dochodzi do tego jeszcze problem prania. Sztuczne tkaniny zawierają w sobie mikro kawałki plastiku, które z naszych pralek, przez ścieki, lądują w morzu. Co więcej, skład samych proszków i płynów do prania zanieczyszcza morze, jeziora i rzeki. To stąd plaga sinic każdego lata w polskich zbiornikach wodnych. Słyszałam też kiedyś w programie Katarzyny Bosackiej „Co nas truje?”, że najgorsze są płyny do prania, bowiem plastik z opakowania rozpuszcza się w płynie i jeszcze dodatkowo zanieczyszcza wodę. Nie mówiąc już o tym, że po takim opakowaniu pozostaje zwykły śmieć.

I wtedy właśnie coś mnie tknęło. Zaczęłam się zastanawiać: dlaczego właściwie kupuję płyn do prania zamiast proszku? Autentycznie, nawet nie wiem, czy jest jakaś różnica w cenie. Albo jakości. Płynu używało się u mnie w domu, więc przejęłam ten zwyczaj po wyprowadzce. Z domu pamiętam, że opakowanie z proszkiem było takie mało estetyczne, ale z drugiej strony nalewanie płynu z dużego opakowania jest cholernie niewygodne.

Domowy proszek do prania – jak działa? czy pachnie? i przede wszystkim – czy skutecznie pierze?

Te pytania są bardzo na miejscu, ponieważ zrobienie domowego proszku do prania wymaga zakupu kilku składników, których nie dostaniecie w pobliskim sklepie. Ja po przejrzeniu kilku przepisów w internecie zdecydowałam się na opcję boraks, wodorowęglan sodu i zwykłe szare mydło. Dwa pierwsze składniki musiałam zamówić w internecie. Zrobienie więc domowego proszku będzie od was wymagało zainwestowania odrobiny czasu i pieniędzy, ale szybko przekonacie się, że warto.

Przede wszystkim: domowy proszek do prania pierze tak samo jak ten ze sklepu. Serio, nie widzę żadnej różnicy. Przy pierwszym praniu wydawało mi się, że ubrania nie najładniej pachną, ale wystarczyło umyć pralkę, żeby pozbyć się takiego zapachu. Pewnie był już tam wcześniej, tylko „kwiatowa łąka” czy inne perfumy skutecznie go maskowały. Ubrania są wyprane, są mniej sztywne niż po praniu w sklepowym proszku, no i nie mają zapachu. Plamy „nie do zejścia” jak z czekolady nadal się nie spierają, a takie zwykłe, codzienne zabrudzenia schodzą normalnie.

Przeczytaj też: Żyj i nie śmieć innym.

Mam wrażenie, że ubrania z naklejkami niszczą się szybciej niż wcześniej. Ale ogólnie staram się po prostu nie kupować takich ciuszków, choć przy dzieciach nie zawsze jest to łatwe. Czasem też zamawiam ubrania z internetu i wtedy po prostu nie widzę, że kolorowa wstawka to w rzeczywistości plastikowa naklejka.

Dodatkowym plusem jest lepsza kondycja skóry wszystkich członków rodziny, choć wcześniej nie powiedziałabym, że ktokolwiek z nas miał z tym problemy. Bardzo też podoba mi się to, że nie potrzebuję kilku różnych proszków. Wszystko piorę w tym samym proszku, bez rozróżnienia na białe, kolorowe, wełniane, czarne itd. Kiedy już zużyję do końca płyn do prania czarnego i białego, odzyskam mnóstwo miejsca w mojej łazienkowej szafce. Z płynu do płukania zrezygnowałam już dawno i nie tęsknię za nim.

Przepis na domowy proszek do prania

Do mojego proszku używam trzech składników:

  • boraks dziesięciowodny,
  • węglan sodu bezwonny,
  • zwykłe szare mydło,
  • opcjonalnie: kilka kropel naturalnego olejku zapachowego.

Szare mydło trę na tarce o drobnych oczkach – jeśli kiedyś uda mi się gdzieś namierzyć płatki mydlane, spróbuję je wykorzystać. Składniki mieszam w proporcji 1:1:1, czyli wszystkiego daję po równo, przy czym chodzi mi o objętość, nie o wagę. Dla przykładu: daję po jednej szklance wszystkich składników, nie po 100 gram.

Dokładnie wymieszany proszek przekładam do słoika. Do prania daję 2 łyżeczki.

Specjalnie nie poruszyłam tu aspektu ceny. Koszt poszczególnych składników w różnych drogeriach internetowych jest bardzo różny i zazwyczaj tam, gdzie można kupić taniej boraks, droższy jest węglan sodu albo na odwrót. Zamawianie z dwóch miejsc też się nie opłaca ze względu na cenę przesyłki. Taki proszek jest natomiast bardzo wydajny.

foto:

Obraz Jill Wellington z Pixabay

Maszyna do chleba z Lidla. Czy warto piec domowy chleb?

2 komentarze

Ten post jest rekordzistą, jeśli chodzi o czas, którego potrzebowałam, by wreszcie zacząć go pisać. Maszyna do chleba z Lidla stoi u nas już dobrze ze 3 lata, a jej recenzję planowałam od razu. Ale dzięki temu mam przynajmniej znacznie więcej obserwacji do opisania.

Nie będzie to jednak typowa recenzja. Maszyna do chleba Silver Crest jest jedyną, jakiej używałam, trudno mi więc powiedzieć, czy jest lepsza czy gorsza niż inne. Choć gdy jakiś czas temu zaczęłam rozglądać się za nową wydało mi się, że ciężko jest znaleźć lepszy stosunek jakości do ceny. Zastanawiałam się nad wymianą naszej, kiedy zgubiło nam się jedno z mieszadeł (bez tego ani rusz) i pomyślałam, że może jakaś inna maszyna lepiej odpowie na nasze potrzeby. Okazało się jednak, że można zamówić za niewiele monet nowe mieszadła z Allegro i koniec końców na to rozwiązanie się zdecydowałam.

Ale od początku. Czy ogólnie warto piec domowy chleb? Tutaj oczywiście odpowiedź zależy od kilku czynników, ale ja uważam, że zdecydowanie tak! A oto kilka „za”:

  • masz chleb zawsze, niezależnie od pory dnia i nocy, w niedzielę handlową i niehandlową, a przede wszystkim w każde święto,
  • chleb możesz przygotować z łatwo dostępnych składników – kiedyś spotkałam się z przeświadczeniem, że do maszyny do chleba można używać wyłącznie specjalnych mieszanek mąk do chleba. To wierutna bzdura, możesz wykorzystać dowolną mąkę,
  • i właśnie ta dowolność to kolejny punkt: robisz dokładnie takie pieczywo, na jakie masz ochotę. Białe, pełnoziarniste, z samych ziaren, w ogóle bez ziaren… Na mleku lub na wodzie, z oliwą lub masłem (myślę że to dobra informacja dla wszystkich osób z uczuleniami czy na diecie wegańskiej),
  • po prostu wrzucasz wszystkie składniki do maszyny (zawsze w kolejności najpierw mokre, potem suche, na koniec drożdże) i tyle. Maszyna sama ugniata ciasto, daje mu czas na wyrastanie w cieple, ponownie miesza, wyrasta, a na koniec piecze chleb. Nie musisz przy tym być. Wstawienie chleba zajmuje zazwyczaj kilka minut.
  • w ostatnie upały zauważyłam, że maszyna d chleba nie nagrzewa tak otoczenia, jak piekarnik.

No dobra, ale są też minusy:

  • takie pieczywo jest droższe: przyznam, że nigdy nie policzyłam skrupulatnie zużycia prądu czy choćby kosztu składników, jednak wg wydania specjalnego magazynu „Kuchnia” poświęconego wypiekowi chleba domowy pieczenie jest droższe. Ale myślę, że zależy to też od tego, czy kupujemy chleb o dobrym składzie z rzemieślniczej piekarni czy kierujemy się raczej do supermarketu na półkę z pieczywem. Osobiście najwięcej wydaję na pieczywo, kiedy do piekarni udam się z dziećmi, bo bez słodkiej bułeczki, palucha serowego czy innych smakołyków się nie obejdzie, a mój rachunek szybko osiąga wartość kilkunastu złotych, co zawsze mnie szokuje.
  • długi czas oczekiwania, czyli w przypadku Silver Crest około 3 godzin przy standardowym bochenku. Ja nie zostawiam włączonej maszyny samej w domu, więc wstawienie chleba muszę zawsze rozsądnie zaplanować.
  • maszyna ma opcję opóźnienia startu nawet na 9 godzin, można więc teoretycznie nastawić ją wieczorem, by rano zjeść świeży chleb. Jednak jak dla mnie jest zbyt głośna, żeby zaczęła pracować nad ranem. Może gdybym mieszkała w piętrowym domu…
  • z maszyny najlepiej wychodzą chleby na drożdżach, choć pieczenie chleba na zakwasie też jest możliwe.
  • to kolejny sprzęt AGD, który wymaga sporo miejsca.

Kiedy kupiłam maszynę do chleba, piekłam niemal codziennie. Później domowy chleb stracił urok nowości i coraz częściej sięgałam po ten z piekarni. Dziś używam jej różnie – czasem częściej, czasem rzadziej, ale na pewno nie pozbyłabym się jej całkowicie. Bardzo przydała się, kiedy syn miał etap jedzenia wyłącznie chleba – wówczas w samym pieczywie mogłam przemycać różne składniki, żeby choć trochę urozmaicić jego dietę, robiąc np. chleb z jabłkami i kaszką kukurydzianą.

Maszyna do chleba z Lidla (Silver Crest)

Jeżeli chodzi o sama maszynę z Lidla, to mogę ją polecić. Mamy ją już długo i nie sprawia żadnych kłopotów. Można w niej ustawić wagę chleba i stopień przyrumienienie skórki, ma także do wyboru różne programy pieczenia, choć rzadko korzystam z innego niż ten standardowy. Ma dwa mieszadła, dzięki czemu ciasto jest zawsze dobrze wymieszane (na rynku są też maszyny z jednym mieszadłem), za to z drugiej strony na spodzie chleba są aż dwie dziury. Sam producent zaleca… pieczenie chleba w piekarniku, ale nigdy z tego nie korzystam.

Standardowy program składa się z kilku etapów. Pierwsze to nagrzewanie, które jest moim zdaniem niepotrzebne i wydłuża czas przygotowania chleba o dodatkowe 15 minut. Potem jest mieszanie, wyrastanie, ponowne mieszanie, dodawanie nasion (ogłaszane donośnym i długim pikaniem), ostateczne wyrastanie i pieczenie.

Do maszyny dołączona jest instrukcja oraz książeczka z przepisami na chleby różnego typu. Korzystam z niej częściej niż z przepisów z internetu, ale zazwyczaj na bazie przepisu bazowego po prostu dodaję akurat to, na co mam ochotę i co mam pod ręką.

Pieczenie chleba bez maszyny

Maszyna do chleba upraszcza proces pieczenia, ale w rzeczywistości nie jest potrzebna do tego, żeby przygotować prosty chleb na drożdżach. Kiedy moja była zepsuta nie przestałam piec, jedynie trochę zmieniłam proces. Ale prawdą jest też, że nie muszę sama zagniatać ciasta (zagniatanie ciasta drożdżowego powinno trwać około 10 minut), bo wykorzystuję do tego dobry mikser, który kiedyś wygrałam.

Po wyrobieniu ciasto odstawiam do jednego wyrośnięcia. Zgodnie ze sztuką takie ciasto powinno się ponownie zagnieść i jeszcze raz odstawić do wyrośnięcia, ale ja zawsze rezygnuję z tego etapu. To znacznie przedłuża proces przygotowania pieczywa, a moim zdaniem nie bardzo ma wpływ na końcowy efekt.

Potem po prostu układam przygotowany bochenek lub bułki na blasze do pieczenia i wkładam do piekarnika na odpowiedni czas. Dobrym rozwiązaniem jest też odstawienie ciasta zaraz po wyrabianiu na noc do lodówki. Rano będzie wyrośnięte i po ogrzaniu go do temperatury pokojowej, będzie można upiec sobie świeże pieczywo.

Jeżeli chcecie zacząć piec domowe pieczywo, ale brakuje Wam pomysłu, wypróbujcie przepisy z zakładki „chleb„!

Myślisz, że dawne bajki były okrutne?

No Comments

Wydaje Ci się, że baśnie braci Grimm były okrutne? Że nie można czytać dzieciom o wilku, który zjadł Czerwonego Kapturka i który w zamian został zabity przez myśliwego? To lepiej przyjrzyj się temu, co dzieci oglądają w telewizji dzisiaj.

Bajki z poprzedniego stulecia miały moc. Bywały okrutne, owszem, ale niosły też ze sobą dużą dawkę nauki. Chociażby taki, że jak zrobi się coś złego, to nie wystarczy przeprosić. Albo że czasem masz przejebane (jak Kopciuszek), chociaż nie ma w tym Twojej winy. Że życie jest trudne i bez odrobiny szczęścia wiele nie osiągniesz. I że pieniądze szczęście dają. A jak jest dzisiaj? Dzieci z bajek żyją w cudownym otoczeniu, gdzie nie ma biedy, kar czy podniesionych głosów. Co ciekawe, nie ma też rodziców. Dzieci beztrosko bawią się przez cały dzień, czasem mają dziadka czy babcię, ale ogólnie dorosłych nie potrzebują, ponieważ są całkowicie samodzielne. Mogą przecież skonstruować obdarzonego świadomością robota z patyków i starych komputerów, po co więc byliby im rodzice?

Damy radę? Tak, damy radę!

Zgodnie z Koranem, Muzułmanie nie mogą tworzyć malowideł czy rzeźb przedstawiających postacie ludzkie. To dlatego, że nie są Bogiem i nie mogliby swojego wytworu obdarzyć duszą, przez co nie mogą wziąć za niego pełnej odpowiedzialności. Takie myślenie może wydawać się dziwne dla przedstawicieli kultury zachodniej, ale oglądając bajkę o miłym budowniczym nie trudno przyznać Muzułmanom pewnej racji.

Bob Budowniczy, bo o nim mowa, to sympatyczny kierownik brygady budowlanej, który na skończenie projektu zawsze ma czas do wieczora. Pomagają mu w tym atrakcyjna i zdolna blondynka oraz ciemnoskóry, niezbyt rozgarnięty pomocnik, który przyucza się do zawodu od jakichś siedmiu lat. No i jest jeszcze niewielka flota samochodów budowlanych obdarzonych samoświadością. Czy jedzą lub potrzebują paliwa nie jest jasne, natomiast z pewnością mówią, mają uczucia i ogólnie zachowują się gorzej niż nierozgarnięty ciemnoskóry pomocnik. Skąd się wzięły? Czy zostały wyprodukowane, czy raczej stworzone? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, że niepotrzebne maszyny trafiają na złomowisko, gdzie czekają na przerobienie na puszki na tuńczyka. Bob jest dobry dla swoich maszyn – ale co zrobi z tymi, które przestaną być już użyteczne? I czy wieczne zajadanie się kanapkami z rybą jest zaowalowaną przestrogą co spotka tych, którzy przestaną wykonywać jego polecenia?

Skoro już o użyteczności mowa, nie można pominąć bajki Tomek i Przyjaciele. Tutaj sytuacja jest podobna. Ileż to zapomnianych lokomotyw i wagonów znalazło się w kolejnych seriach Tomka, porzuconych gdzieś i zapomnianych na bocznicach. Gruby Zawiadowca nie ukrywa, że na składzie trzyma tylko użyteczne składy, a kiedy opieprza którąś z lokomotyw za spowodowanie „chaosu i opóźnień” mój czteroletni syn wybiega z płaczem z pokoju (choć bajka o Sinobrodym mordującym swoje żony nie robi na nim większego wrażenia). Ale tutaj kwestia tego czy ludzie stoją wyżej od maszyn, nie jest taka jasna. W każdym parowozie jeżdżą maszyniści, ale nie mają nigdy nic do gadania, kiedy Tomek, Waldek czy Karolcia postanawiają zrobić coś bezdennie głupiego.

Bądź jak Barbie

Bajki o Barbie lecą u nas niezmiernie rzadko, ale od czasu do czasu pojawiają się jakieś. Barbie zna każdy – symbol niemożliwych do zrealizowania standardów piękna. W bajce firma Mattel idzie o krok dalej, bo Barbie jest nie tylko idealna z wyglądu, ale też najlepsza we wszystkim cokolwiek robi. Obojętnie czy chodzi o pieczenie babeczek, granie i śpiewanie czy robienie salt. Najzabawniejsze jest to, że jednocześnie firma produkująca Barbie prowadzi w mediach społecznościowych całkiem fajną kampanię na temat tego, że dziewczynki powinny realizować swoje marzenia i być tym, kim zechcą.

Stare kontra nowe

A dawne bajki? Chodziłam kiedyś na zajęcia z teorii Junga i muszę przyznać, że niewiele z nich rozumiałam. Większość opracowań, które należało przeczytać, skupiało się nad drobiazgową analizą pojęć, których i tak nie rozumiałam. Ale jeden czy dwa wykłady dotyczyły bajek i ich wpływu na nasze ego i te bardzo mnie zainteresowały. Nie wdając się w szczegóły, dawne baśnie w sposób bardzo mocny kształtują naszą osobowość. Stworzone są w taki sposób, że dziecko może łatwo utożsamić się z głównymi bohaterami i to na różne sposoby. W pamięć zapadła mi historia dziewczynki, której ulubiona bajką była opowieść o Jasiu i Małgosi. Początkowo baśń dawała jej poczucie bezpieczeństwa, ponieważ ona podobnie jak główna bohaterka miała starszego brata i jego obecność dodawała jej odwagi w różnych trudnych dla niej sytuacjach. Kiedy dziewczynka podrosła, sytuacja się zmieniła, ale Jaś i Małgosia nadal pozostali ulubioną baśnią dziewczynki. Tym razem jednak uświadomiła sobie ona, że to Małgosia ostatecznie knuje plan oswobodzenia z rąk Baby Jagi i to ona ratuje rodzeństwo z opresji.

Czy dzieci mogą dziś identyfikować się z postaciami z bajek? Z dzieciakami, które konstruują obdarzone świadomością roboty? Z dziećmi, które są zawsze na wskroś dobre albo przeciwnie – zawsze powtarzają te same błędy, choć niby na koniec odcinka zrozumiały swój błąd i dostały nauczkę?

W dawnych baśniach, poza samymi dziećmi, bardzo ważną rolę odgrywają rodzice. OK, nie zawsze są wzorem do naśladowania. To źle, że ojciec Kopciuszka pozwolił złej macosze traktować swoją córkę jak popychadło. To źle, że mama Czerwonego Kapturka posłała ją w podróż, która była tak niebezpieczna. Ale to dla dziecka też lekcja, bo w jego mniemaniu przecież często popełniamy błędy, jesteśmy niesprawiedliwi albo wymagamy czegoś, co przekracza jego możliwości.

Ja wolę więc czytać moim dzieciom dawne baśnie, bez ugrzecznionej formy, w której Zły Wilk przeprasza na koniec Kapturka i Babcię i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. I kiedy sama czytam thriller też wolę, jak jednak morderca na koniec trafia za kratki niż przyznaje się do winy i wszystko zostaje mu odpuszczone.

W temacie bajek wiele jeszcze przede mną. Krzyś dopiero powoli zaczyna wyrastać z tych maluchowych i oglądać te dla starszych dzieci. Tutaj poziom przemocy i niewybrednych odzywek wzrasta, ale przynajmniej wydają się jakoś bardziej logiczne. A może się mylę? Co oglądają Wasze dzieci?

Moje dzieci są jakieś inne

4 komentarze

Na razie dawkuję moim dzieciom dostęp do telewizji czy komputera. Wydawało mi się, że trochę bajek dziennie będzie w sam raz. Ale chyba jednak zmienię podejście i dam im szerszy dostęp do Internetu, a przede wszystkim do czytania blogów i przeglądania Facebooka i Instagrama. Mogłyby się w końcu nauczyć jak się kurna zachowuje dobre dziecko w XXI wieku. Continue reading

Jakie garnki wybrać

2 komentarze

Uwielbiam pisać teksty poradnikowe, ale ten taki nie będzie. W bliższej przyszłości planuję zakup nowych garnków, ale naprawdę nie wiem, na co zwrócić uwagę przy zakupie. Może Wy pomożecie? Garnki emaliowane podobają mi się z wyglądu, ale czy są wystarczająco odporne, by gotować w nich na co dzień? Continue reading

Nie. Nie możesz mieć wszystkiego

1 Comment

Nie wymagam wiele. Chciałabym być po prostu lepszą mamą. Serwować rodzinie 5 zdrowych, smacznych i interesujących posiłków dziennie. Nosić rozmiar S i mieć wygimnastykowane ciało. Chciałabym, żeby mój dom lśnił czystością. No i nie być zmęczona. No cóż, ważne to poprzestawać na małym, co nie? Continue reading

Fit i dietetyczne. Co się kryje za popularnymi zwrotami?

7 komentarzy

Moja przygoda z blogowaniem zaczęła się tak, jak w przypadku wielu innych blogerów: nie mogłam znaleźć w Internecie tego, czego szukałam. Pomyślałam więc, że może inni mają podobny problem i że sama stworzę te treści dla nich. A czego szukałam? Przepisów na dietetyczne dania, oczywiście! Bo tak jak słowo „dietetyczne” jest niezwykle modne i popularne, to naprawdę niskokalorycznych przepisów jest mało. Continue reading

„70 zup”, czyli kilkadziesiąt pomysłów na smaczne pierwsze danie

1 Comment

Lubię zupy. Lista ich zalet jest długa: są (zazwyczaj) proste do wykonania, tanie, lekkie i nietuczące. Prawdopodobieństwo, że mój synek zje zupę jest też znacznie wyższe niż zjedzenia obiadu z kaszy/ziemniaków, mięsa i surówki. Nawet jeśli wiem, że zupa jest dla niego tylko pretekstem do jedzenia grzanek. Mimo mojej miłości do „pierwszego dania”, mój zupny repertuar był dotychczas bardzo mocno ograniczony i składał się z rosołu oraz zup kremów robionych z tego, co akurat zalegało w lodówce (wszak zupa krem najlepiej pasuje do grzanek). Dlatego stwierdziłam, że książka z przepisami na 70 zup to pozycja idealna dla mnie. Continue reading