22kilo

Fit i dietetyczne. Co się kryje za popularnymi zwrotami?

Fit i dietetyczne. Co się kryje za popularnymi zwrotami?

1 Comment

Moja przygoda z blogowaniem zaczęła się tak, jak w przypadku wielu innych blogerów: nie mogłam znaleźć w Internecie tego, czego szukałam. Pomyślałam więc, że może inni mają podobny problem i że sama stworzę te treści dla nich. A czego szukałam? Przepisów na dietetyczne dania, oczywiście! Bo tak jak słowo „dietetyczne” jest niezwykle modne i popularne, to naprawdę niskokalorycznych przepisów jest mało.

Dietetyczne (w rozumieniu diety redukcyjnej) to inaczej niskokaloryczne albo o niskiej gęstości kalorycznej. W praktyce oznacza to, że jedząc nawet dużą ilość danego dania, przyjmiemy niewiele kalorii. Przykładem takiego dania może być np. leczo warzywne czy cienka zupa. Napełnia żołądek, można jej zjeść dużo, a nadal się od tego nie tyje. Dietetyczne nie jest tożsame ze słowem zdrowe i używanie tych pojęć zamiennie jest po prostu bez sensu. Coca-cola Zero – jak sama nazwa wskazuje – jest pozbawiona kalorii, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwałby jej zdrową zdrową. Z drugiej strony to, że jakiś produkt jest zdrowy, nie znaczy, że można go jeść na diecie w dowolnych ilościach. Kolejny prosty przykład – suszone owoce i orzechy. Zdrowe? Owszem. Ale za to jakie kaloryczne!

Kiedyś czytałam wypowiedź na temat Diety 17-dniowej, która autorka stwierdziła, że nie zrezygnuje z płatków owsianych, bo przecież są zdrowe. No cóż, droga pani! Nikt nie mówił, że nie są. Ale na tym etapie diety rezygnuje się z nich ze względu na zawartość węglowodanów. W temacie mniej zdrowych, ale za to dietetycznych produktów zdecydowany prym wiodą jogurty. Oj, ile razy mi się oberwało podczas diety za jedzenie jogurtów. O matko, a jak się jeszcze nieopatrznie przyznałam, że jem produkty o zmniejszonej zawartości cukru, o zgrozo! Przecież to najgorszy syf! Chipsy, słodycze, najtańsze lody z dyskontu, och to nie szkodzi, to przecież tylko przekąski. Ale jogurty?! JOGURTY OWOCOWE?! PO***AŁO CIĘ?

A po diecie

Jeżeli chcesz jeść zdrowo i nie obchodzi Cię liczenie kalorii, to postaw na dania fit. Fit, czyli pełnokaloryczne dania, często na bazie takich kalorycznych produktów jak wspomniane wyżej orzechy czy tłuste, jak awokado. Nazwa fit nie wzięła się znikąd – takie dania są odpowiednie dla osób dbających o kondycję fizyczną, np. bywalców siłowni, biegaczy itd., którzy trenują regularnie i muszą dostarczać swojemu organizmowi dużo paliwa. I teraz posłuchaj: jeżeli przygotujesz fit ciasto ze spodem z mielonych orzechów, nadzieniem z mleczka kokosowego i polane karmelem bananowo-daktylowym i zjesz to siedząc na kanapie, to od tego nie schudniesz! Jeżeli spożywasz w diecie więcej kalorii niż spalasz, to tyjesz i nie ma znaczenia, skąd te kalorie pochodzą.

Takie jest moje rozumienie tych dwóch pojęć. W internetach można jednak znaleźć różne rzeczy. Ponieważ słowo „fit” jest modne, a dodatek „dietetyczne” w nazwie bezpośrednio przekłada się na liczbę kliknięć, to słowa te są nadużywane. Baaardzo często widzę przepisy na ciasta, które są zwykłymi kalorycznymi ciastami, a opatrzone są jednym z tych słówek. Wielu blogerów widać myśli, że wystarczy napisać w liście składników „dobre kakao”, by ciasto czekoladowe z toną cukru i czekolady uznać za fit. Albo by dodać „usmaż na niewielkiej ilości tłuszczu”, żeby schabowego uznać za fit. Widziałam też kiedyś przepis na szarlotkę, którą ktoś nazwał „dietetyczną” tylko dlatego, że zawierała zaledwie pół szklanki cukru, zamiast dwóch. Innym sposobem jest minimalizowanie porcji. Bo kiedy czytasz przepis, w którym jest tylko łyżka roztopionego masła to myślisz sobie „OK, to nie dużo”, ale potem z podanych składników wychodzi Ci właściwie jedna muffina.

Kiedy starasz się zgubić zbędne kilogramy, szczególnie gdy jest ich już sporo, zdecydowanie wybieraj dania dietetyczne, czasem nawet jeżeli nie są najzdrowsze (choć, oczywiście, lepiej jest i zdrowo i niskokalorycznie). Te fit zostaw na potem, gdy Twoim zadaniem będzie utrzymanie sylwetki. I tak jeszcze na koniec…

Nie wierz we wszystko, co piszą

Przeglądając blogi i strony o zdrowej żywności zachowaj zdrowy rozsądek. Większość blogerów (w tym ja), którzy tak chętnie dzielą się swoją wiedzą (w tym ja!) i udają ekspertów (w tym ja!), nie mają żadnego wymiernego wykształcenia w tej kwestii, a ich rady (w tym moje!) są mieszanką przemyśleń, eksperymentów i rzeczy przeczytanych w sieci. Z drugiej strony, sporo jest też blogów pisanych przez młode studentki dietetyki i AWF-u. Tutaj niestety wiedzy teoretycznej brakuje doświadczenia, bo większość z nich nigdy nie miała problemów z nadwagą (i chwała im za to!), nie musiała też dzielić czasu między gotowanie, sprzątanie domu, wychowywanie dzieci i pracę zawodową. Nie mówiąc o tym, że budżet studenta (nie tylko tego mieszkającego z rodzicami) wygląda znacznie inaczej niż ten rodzinny. Nie wierz więc we wszystko, co piszą i pamiętaj, że jeżeli coś wygląda na kaloryczne, to jest kaloryczne.

Foto: Pixabay.com/pasja1000

 

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Martyna Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Martyna
Gość

Świetny post kochana! 🙂 Trafiłaś w sedno